niedziela, 6 września 2020

Pora deszczowa



Po morderczych upałach nadeszła pora deszczowa. Wszyscy ratowali się jak mogli. Pod dachem w koszyku – czasem tłok się robił.

Dosia już nie miała dostępu, więc ciągle wyglądała jak zmokła kura.
Lusia wygodnicka najczęściej mościła się w domku na poduchach.
Jej pogoda chyba najbardziej zaszkodziła, bo w końcu wycięła numer. Zniknęła! Na całe trzy dni. Ostatnio była widziana na orzechu u sąsiadów, wypatrując niewiadomego. 
Już miałem pisać ogłoszenie „KOTOkolwiek widział, KOTOkolwiek wie...”. Żal byłoby Lusię stracić, szczerze mówiąc stęskniłem się za nią i chciałem, żeby już wróciła z tych wakacji. A tu masz! Ale znalazła się. Wkroczyła cichaczem jak gdyby nigdy nic. I zadekowała się od razu na dachu, wypinając na świat cały.
Może nie chciała, żeby ją do domu zabrali. Cwaniara. No nic, mam obiecane, że niedługo ją zobaczę. Wreszcie będzie z kim poleżeć na jesiennym słoneczku :)
Bo z Maćka żaden pożytek. Wyleguje się sobek sam jeden na własnym posłanku. I jeszcze zabawkami się obłożył, hahaha.
A w dniu imienin Pierwszej Mamy taki oto obrazek z Jej/naszego ogródka ku pamięci.


piątek, 14 sierpnia 2020

Upał



Ufff, jak gorąco!!! Miały być nie wiem jakie przygody na działce, a tymczasem... wszyscy głównie się wylegują,
plażują
bądź uciekają do cienia, który jednak trudno znaleźć.
Ja w domu na drapaku. Narcyzem nie jestem, ale nieźle się prezentuję, co nie?
 
Maciek leży jak nieżywa skórka, nawet nie ma co go pokazywać.
Na dworze pić się chce, więc każde źródełko dobre. Lusia z konewki.
A co? Przynajmniej dużo i prędko nie zabraknie.
Tośka swoją miseczkę migiem opróżniła i teraz usycha.
Jedyną przygodą, którą warto odnotować, było... polowanie na nornicę.

Aha, i jeszcze na ptaki,
ale to już czysto obserwacyjnie – te akurat były poza kocim zasięgiem.
Deszcz był raz i było pięknie i orzeźwiająco. 
PS. Z ostatniej chwili. Tosia w domowym izolatorium. Przeziębiła się i... straciła głos. W taki gorąc!!! Ale nie będę się nad nią pastwił. Widać delikatna jest. Bardzo tęskni za działką. 
 
Wracaj Tosiu szybko do zdrowia i do Lusi, bo jej też bez ciebie smutno. Czeka...

poniedziałek, 27 lipca 2020

Mogliśmy mieć sąsiada...



Znalazł go Dobry Człowiek zabłąkanego w pobliskim lesie. Głodny, wychudzony, ale ufny. Piękny rudy kot, prawie bliźniak domowego Alfreda, o którym niedawno pisałem.
Przenocował w domku na działce, wtulony w przypadkowego opiekuna. Rano, już po porządnym śniadaniu, poszedł na zwiady, obejrzał okolicę, spodobało mu się. Generalnie poczuł się jak u siebie, nawet pilnował butów gospodarza.

Wkrótce zawitali goście. Najpierw Lusia, ale trochę się spłoszyła i wycofała do siebie.
Tosia jak to Tosia, wparowała bez pardonu ze swoim popisowym sykiem. 

Ale kot zachował się z klasą. W końcu jest u siebie, nie będzie na niego byle kto syczeć.
Najpierw wyjrzał ciekawie z domku.
Poszedł za nią, żeby się zbytnio nie rozpanoszyła na jego włościach. 
Przyczaił się, czekając na dalszy rozwój wydarzeń.
Potem usadowił się na kanapie z czytelnym komunikatem – to moje miejsce, nie podchodź.
A na koniec rozsiadł na grillu i patrzył z góry, ale już trochę znużony tą wizytą.

I wyobraźcie sobie, że nasza pyskata Tośka wymiękła
i zmyła się jak niepyszna. 
Ale jako że każdy kot ciekawski jest, przybył potem do nas pod furtkę.
Inny Dobry Człowiek zawiózł kota do weta, bo miał zranioną łapkę. I tu się kończy cała historia. Rudy bezimienny nie był bezdomny. Po prostu zawędrował zbyt daleko i chyba się zagubił. Miał czipa. Więc wrócił do swojego domu i swoich ludzi. To dobra wiadomość.
Ale jest też zła. Na działkach wszyscy za nim tęsknią, bo mimo że był tak krótko, dał się polubić. Tosia i Lusia, bo miałyby fajnego sąsiada. Dobry Człowiek, bo miałby przyjaciela. Nawet ja, bo choć już nigdy na działki nie pojadę, chętnie posłuchałbym opowieści o jego przygodach. A na pewno by się tam działo... No cóż, takie życie.

środa, 8 lipca 2020

Początek wakacji



Przyjechały!
Na razie stróżują. Na chodniku.
 
Na tarasach.
 
Na dachu.
Przewąchują grządki,
 rozkoszując się trawką. 

 Ach, te piękne oczy... W kolorze trawy właśnie. 
Warsik został z działki mało delikatnie wyproszony. Ale dochodzą słuchy, że bywa i wszczyna awantury. Z Tośką są na noże, czyli pazury. Aha, i podobno gdzieś w oddali nocną porą koty piorą się z... kuną. To dopiero się dzieje! Szkoda, że mnie tam nie ma, zrobiłbym porządek natentychmiast!!!
Zobaczcie, jak kiedyś razem z Tosią stróżowaliśmy. Nikt się nie przecisnął. Eeech, wspomnienia...
Pojawia się też Dosia, ale ona umie się zachować. Poczęstuje się i znika, bo widzi, że właścicielki daczy przyjechały na wywczasy i nie należy przeszkadzać. O dziwo, jej godność udziela się naszej zadziornej Tosi. Obserwuje spokojnie, pilnuje, żeby gościni się najadła,
a nawet przyłącza się dla towarzystwa.
Jeszcze kolejne pokolenie kaczuszek z działkowej fosy i mamy komplet :)