środa, 16 grudnia 2009

Co za dzień

Wczoraj przyszedł spóźniony Mikołaj albo wczesny Gwiazdor, nie żaden telewizyjny czy filmowy, ale taki wielkopolsko-kujawsko-pomorski, i przyniósł nam kotom posłanko. Ładne, eleganckie i rude. W sam raz dla mnie. Ale problem w tym, że duże koty nie chcą mnie tam wpuścić.

Maciek jak tylko zobaczył, że coś nowego leży na podłodze, zaraz się na legowisko uwalił i udaje, że to jego.
Szybko za nim podreptał wujaszek Rudy. Obwąchał, spojrzał na Maćka i nim ktokolwiek się spostrzegł, zadowolony rozciągnął się na nowej kociej kanapie.


Mnie małemu, biednemu, opuszczonemu przez wszystkich kotkowi pozostał stary, podrapany domek wypchany sianem. Buuuuu :((

I gdzie ta sprawiedliwość, równouprawnienie i w ogóle, i w szczególe. Oddajcie mi moje posłanie.
Na nic zdały się krzyki, wylądowałem w szafie.

Tak przecież być nie może, pomyślałem, i udałem się z prośbą o interwencję do ludzi. Wiedziałem, że u nich znajdę zrozumienie i - co najważniejsze - moje ulubione mizianie.



Po dawce takiej miłości to już mi nawet tego rudego legowiska nie żal. Nie to nie, ale ja i tak jestem najlepszy, najsłodszy, najmilszy i najukochańszy. A stary domek z sianem wcale nie jest taki zły. Nieprawdaż?


niedziela, 13 grudnia 2009

Niedzielnie

Moi ludzie w niedzielne popołudnia grają w Scrabble, a my koty się wtedy nudzimy. Próbujemy zwrócić na siebie uwagę. Przynosimy sznurki, piłeczki, myszki i nic. Ludzie zajęci grą nas nie dostrzegają. Postanowiłem zagrać i ja.


Najpierw obszedłem tę grę z tyłu, aby zobaczyć, o co chodzi.

Potem próbowałem od dołu.

W końcu zacząłem ją rozgryzać z boku. Wszystko bez rezultatu. Nie pojmuję, o co chodzi z tymi literkami. Może jak pójdę do szkoły. Na razie się jednak poddaję.
Zdecydowanie wolę pudełka, one są mniej skomplikowane i można do nich wejść,


albo przynajmniej próbować. W ostateczności można też potańczyć na rurze,

albo zapolować na wyimaginowana myszkę,

zawsze to lepsze zajęcie dla kotka niż rozgryzanie tych tam ludzkich Scrabbli .


sobota, 12 grudnia 2009

Odszedł

Wczoraj odszedł od nas "dziadek" Kajtek. Mimo tego, że przez ostatnie tygodnie w zasadzie w ogóle już się z nikim nie bawił i przez cały czas tylko spał albo się wylegiwał, to jednak nam kotom będzie go brakowało. Najbardziej zżył się z nim wujaszek Rudy, bo to on spędził z nim kawał życia.
Kajtka żaden z nas nie zastąpi, ale jak mówią ludzie, życie toczy się dalej. Oto kilka zdjęć Kajtka. To taki nasz koci wyraz pamięci o naszym kumplu.

Tu jeszcze był zdrowy i w pełni sił.

Tu ze mną.
Lubiłem się do niego przytulać i razem się wylegiwaliśmy.


Czasami też się bawiliśmy.

Z wujaszkiem Rudym często razem sobie siadali, bo najlepiej się ze sobą dogadywali.



A to już jedno z jego ostatnich zdjęć. Kajtek był trochę dziwny i wyobcowany, chodził na ogół własnymi drogami. Zawsze jednak pozostanie w naszej pamięci jako spokojny, miły "dziadek".

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Ja czy nie ja?

To jakbym był ja, tylko że kot nie mój. Nie przypominam sobie takiego kota w moim domu. Znaczy, że to nie ja. Skoro patrząc na zdjęcie sam nie wiem, czy to jestem ja, czy nie ja, to znaczy, że mam sobowtóra. Wypisz wymaluj ja. Nawet mina taka sama jak moja, kiedy ktoś się bezczelnie pcha i nie da się wyciągnąć jak należy. Swoją drogą kolorowa kicia wygląda na trochę podduszoną, oczy jej z orbitek wyszły jakby, ale musi że lubi, bo z koszyczka nie ucieka. No, chyba że mocno splaszczona, bidula.


Wciąż jakbym to był ja, ale ta kicia zdecydowanie nie moja. Ja mam koty i to trzy, ale wyglądają inaczej, a ta kicia to taka 4 w 1, czyli trochę ja, trochę rudy, trochę Maciek i bardzo trochę, prawie wcale dziadek. Maciek przyszedł, pooglądał i rzekł, że to mój bliźniak, czyli Lolek być musi, skoro nie ja. No i zagadka się rozwiązała, a już myślałem, że pamięć mnie zawodzi w tak młodym wieku.

Musicie jednak przyznać, że nikt nie jest w stanie nas rozróżnić, skoro my sami siebie nie rozróżniamy i myślimy, że to my, a to nie my, tylko ten drugi.
Cieszę się, że Lolek się odezwał. Myślałem, że zapomniał o bracie. Okazało się jednak, że polował na potwora, co się w jego kuchni zagnieździł, i czasu na pisanie nie miał.

Z trudem się z nim uporał i nad zlewem powiesił, coby inne potwory już do jego kuchni nie śmiały wchodzić i głowy mu zawracać. W końcu to nie kocie zajęcie potwory zwalczać, tylko je degustować co najwyżej.

niedziela, 6 grudnia 2009

Mikołaj

Dzisiaj przyszedł do nas Mikołaj. Chyba nie święty, ale nasz koci Mikołaj.

Trochę podobny do Maćka, najpierw myślałem, że to Maciek się przebrał, ale nie - Maciek stał obok i patrzył zdziwiony na przybysza z prezentami. Dostaliśmy super mega myszkę do zabawy.


Maggie, znaczy nasza suczka, dostała ciacho. No cóż , Mikołaj po prostu wie, co grube psy lubią najbardziej i co lubią kotki, więc każdy otrzymał, co chciał.
Ludzie to mają jakiegoś takiego innego Mikołaja, brzydkiego w zasadzie, podobnego zupełnie do nikogo. Sami zobaczcie.


No i ten ichni Mikołaj przyniósł im domek z łosiem,

no cóż, widać tego bardzo pragnęli, skoro to otrzymali. Ja tam wolę tę swoją myszkę, przynajmniej pobawić się można, a na takiego łosia z domkiem to jedynie można się pogapić. Też mi coś, ale ludzie są dziwni czasami i miewają dziwne pragnienia. Z wyjątkiem, kiedy pragną nas miziać, to rozumiem i temu się nie dziwię, bo nie ma nic lepszego jak mizianie miękkiego futerka. Nieprawdaż?

czwartek, 3 grudnia 2009

Zimno


Za oknem wcześnie rano już mróz. W ciągu dnia temperatura niewiele wyższa. My tu w domu mamy istny raj. Cieplutko, milutko, pełne brzuszki, a na deser mizianie. Czego możemy chcieć więcej od losu? My akurat nic, bo nam się udało. Mamy dobrych ludzi, ale są tacy, którym się nie poszczęściło jak nam.
Chciałbym prosić, aby wszyscy ludzie znaleźli w sercu dobroć i nie pozostawiali zwierzątek samym sobie, szczególnie w te zimne noce i dni. Jest tyle bezdomnych, biednych kotków i piesków, które nie mają dokąd pójść ani co jeść. Podzielcie się z nimi dobrą karmą, przeznaczoną dla nich.
Nie zapominajcie również o ptakach, one już teraz same się nie wyżywią. Potrzebują waszej, ludzkiej pomocy.

Maciek kilka dni temu przeczytał w gazecie wstrząsający artykuł o starych wilczurach, które właściciel wyrzucił na śmietnik.

http://radom.gazeta.pl/radom/1,35219,7305800,Wyrzucone_na_smietnik.html

W mojej malutkiej główce nie mieści się coś takiego. U nas w domu mieszka stara suczka Maggie, ale nasi ludzie nigdy by jej na śmietnik nie wyrzucili. Maggie jest chora i już ledwo chodzi, chyba nawet słabo słyszy, a czasami wydaje jej się coś, czego nie ma. Maciek mówi, że stare zwierzęta tak mają. Kajtek też jest stary i nie chce się bawić, tylko kiwa się nad miską z wodą. Ale nasi ludzie się nimi opiekują, bo ich kochają, tak jak nas młodszych.
Jak pomyślę, że moja mama i brat "pirat" marzną, to mi przykro, ale wiem, że moi ludzie ich nakarmią i podarują im domek, który dla nich zrobili.
Zwierzęta, czyli bracia mniejsi, na pewno by was nakarmili, gdybyście potrzebowali pomocy, teraz wasza kolej zadbać o tych, którzy tej pomocy potrzebują. Liczę na was, ludzie. Wasz Luc, the wonder cat :)))

wtorek, 1 grudnia 2009

Mam brata

Maciek z moimi ludźmi był na działce i widział moja mamę i mojego nowego brata. Moi ludzie jeżdżą i dokarmiają mamę i inne kotki.

Zrobili kilka zdjęć brata. Brata "pirata". Niestety jemu nie udało się tak jak nam. My znaleźliśmy domki, dobrych, kochających nas ludzi, którzy o nas bardzo dbają. "Pirat" mieszka na działkach i nie wiadomo, kiedy i dlaczego stracił oczko.


Ale Maciek mówił, że poza tym nic mu nie dolega i ponoć grubiutki z niego kolega.
Trochę nieufny w stosunku do ludzi, ale jak go głód przyciśnie, to leci do mamy i je z nią smakowite kęski, które ludzie przyniosą.
Maciek zauważył, że zjawił się tata "pirata". Wielki, wypasiony kocur. Aż Maciek się go przestraszył jak zobaczył i czmychnął z powrotem do transportera. A Maciek to nie byle kto, walczyć potrafi z każdym, nawet z wujaszkiem Rudym daje sobie radę.

Tak więc mama, "pirat" i jego tata żyją sobie na działce. Szkoda, że nie mogę poznać tego nowego brata. Może by mnie polubił i goniłby ze mną po drzewach? Maciek się śmieje, że takie pulpety po drzewach nie biegają, też mi coś. Może na wiosnę pojadę, z "piratem" się spotkam i po drzewach z nim połażę mimo tego, że pulpet bez oczka:))